Ostatnie posty

- Radek! Przez to wszystko zapomniałam spytać jak ma na imię nasz syn!? Kazik tak?  - Nie... to będzie Tadzio... wygląda jak mały Tadzio ...

- Radek! Przez to wszystko zapomniałam spytać jak ma na imię nasz syn!? Kazik tak? 
- Nie... to będzie Tadzio... wygląda jak mały Tadzio


Poza nóżkami to było drugie zaskoczenie tego dnia. Przez całą ciążę, mój mąż uparcie twierdził, że nasz syn to Kazimierz. Mało komu się podobało, ale zgodnie z naszą umową on podejmuje decyzje. Przez tyle miesięcy właściwie wszyscy zdążyli się przyzwyczaić - "Jak tam Kazik", "Połóż to w pokoju Kazika" itp... Myślę, że zmiana imienia była dla niektórych większym szokiem niż jakieś tam krzywe stopy:) Dlatego do dzisiaj niektórzy mówią do małego Tadzimierz:)


Ale wróćmy do naszej opowieści.

- Nie wychodzicie dzisiaj. Słychać jakieś szmery na sercu. Pewnie fizjologiczne. Musimy to zbadać - powiedziała lekarka na obchodzie. 

Byłam już spakowana - fizycznie i psychicznie. Mojej Michaliny (1,5 roku)  nie widziałam już 3 dni. To pierwsza nasza rozłąka na taki czas. Wiedziałam, że krzywda jej się nie dzieje, była otoczona całą rodziną. Pewnie nawet nie zdążyła zatęsknić. Co innego ja... wiedziałam, że to tylko trzy dni, że tyle właśnie muszę wytrzymać. Gdy usłyszałam, że zostajemy i nie zobaczę jej dzisiaj - pękłam. Rozkleiłam się jak małe dziecko, szalejące we mnie hormony z pewnością pomogły. Ale serce to serce. Musimy czekać. 

Pobyt w szpitalu z małym Tadkiem był jak pobyt w SPA. Dwuosobowa sala, najwygodniejsze łóżko na jakim spałam, przepyszne jedzenie i przemiłe położne. Moje samopoczucie po CC genialne. Spokojne, śpiące dzieciątko w mydelniczce tuż obok mnie. Brak problemów z karmieniem. Nawet przeczytałam jedną książkę. Idylla. Gdyby nie te stopy...

Dobrze, że nie musiałam na nie patrzeć. Longety owinięte bandażem skutecznie je maskowały. Jak patrzyłam na niego gdy śpi, zapominałam, że coś jest nie tak. Wyglądał tak spokojnie, mogłam tak siedzieć godzinami. Ale gdy tylko chciałam go podnieść, przytulić - był taki "sztywny " i "wyprostowany" - nie jak noworodek, skulony niczym mała kuleczka. Pielęgnacja też była inna, nie można go było wykąpać (w sumie dobrze, że zrobili to na sali porodowej), jedynie przemywać wacikami. Zmienianie pieluch tak, żeby nie ubrudzić bandaży i żeby nie zawilgotniały, było nie lada wyczynem - kto miał kiedyś styczność z malutkim chłopcem wie, że jest to jak walka z wiatrakami. Znalezienie wygodnej pozycji do karmienia dla naszej dwójki zajęło mi troszkę czasu. W sumie każdego dziecka trzeba się nauczyć, z Tadziem było trochę poza utartymi schematami, ale było to wyzwanie a ja wyzwania lubię. 

Nie weszłam do internetu, żeby poczytać o SKS. Nie chciałam nic wiedzieć. Dostawałam dziesiątki smsów - "Kasia, nie przejmuj się, to jest całkowicie wyleczalne. Będzie dobrze". Odpowiadało mi to. W tym momencie moi znajomi i rodzina wiedzieli pewnie więcej o tej wadzie niż ja. Ja wiedziałam tylko tyle, że mamy w środę zjawić się na założenie gipsu. Koniec i kropka.

Pierwsze longety (10 godzina życia)
Czwarta doba w szpitalu, echo serca potwierdziło szmery. Jakaś struna, która pewnie sama się wchłonie. Możemy wychodzić. Jechałam do domu pełna obaw. Jak zareaguje Misia na mój powrót, co zrobi jak zobaczy Tadzia.  Jej...jak ja się niebotycznie stęskniłam!

Podjechaliśmy pod dom wieczorem. Ja z lekko trzęsącymi się nogami otworzyłam drzwi wejściowe. Przed moimi oczami ukazała się najpiękniejsza istota jaką w życiu widziałam, idealna, dziwnie duża - moja kochana córeczka. Ukucnęłam na podłodze gotowa do uścisku a ona stała jak zamurowana. Nic. Stoi. 

-Misieńko chodź do mamy, już wróciłam. Chodź się przytulić!

Ani drgnie. Stoi. Nie wiedziała co się dzieje. Ja nie wiedziałam co zrobić. Ta chwila trwała wieczność. Byłam bliska płaczu.

Nagle na jej buzi pojawił się ogromny uśmiech. Wyszczerzyła swoje śliczne białe ząbki, wyciągnęła ręce i wpadła mi w ramiona krzycząc najpiękniejsze słowo "mama"! Łzy poleciały mi po policzkach ze wzruszenia, ale na mojej twarzy był ogromny uśmiech. Tuliłam ją z całej siły. Nie chciałam puścić. 

Wtedy dopiero do przedpokoju wszedł Radek z Tadziem w nosidełku. Misia oderwała się ode mnie, podbiegła do fotelika i od razu przytuliła się do swojego braciszka. Oderwała się od niego na chwilkę, spojrzała na mnie, na brata, znowu na mnie i krzyczy:

- TADZIUUU !!! 

Wtedy wszyscy się roześmialiśmy. Atmosfera w domu rozpromieniała, ja rozpromieniałam! Tadziu poznał obie babcie i swój nowy dom - pełen kolorowych balonów, wywieszonych na jego cześć. Z nosidełka przełożyliśmy go do wiklinowego kosza i Michalina mogła  dokładnie obejrzeć brata. Patrzyła na niego jak zaczarowana, kazała przykrywać, odkrywać, przykrywać... Odrywała się na chwilę od niego i zaraz znowu wracała sprawdzać czy na pewno jeszcze tam jest. A gdy Tadziu otworzył oczy i spojrzał na swoją siostrę... wtedy zrodziła się miłość. Taka szczera, prawdziwa, na zawsze. 



Od momentu wejścia do domu nikt nie mówił o stopach. Całkowicie o tym nie myśleliśmy, zapomnieliśmy. Czas się zatrzymał. Liczyło się tylko to ogromne szczęście, że w końcu jesteśmy wszyscy razem, 






22 stycznia 2016 roku . Wstałam o 5 rano, nic nie jadłam, nie piłam. Mój mąż taszczył wielką torbę do samochodu, ja podążałam za ni...

22 stycznia 2016 roku.
Wstałam o 5 rano, nic nie jadłam, nie piłam. Mój mąż taszczył wielką torbę do samochodu, ja podążałam za nim. Pojechaliśmy do szpitala. Przyjęcie planowe. Za chwilę wyciągną mi malucha z brzucha. Jest ekscytacja ale i niepokój... ta matczyna intuicja nie dawała mi spokoju. Nie mówiłam tego głośno. Czekałam...

Około 10:30 usłyszałam pierwszy krzyk. Jest! Mamy synka! Na sali słyszę szmery. Nagle podchodzi położna z moim Tadziem i mówi:

- To pani synek. Muszę pani pokazać jego nóżki, żeby się później pani nie przestraszyła.

- Ma stopy końsko-szpotawe. Trzeba mu natychmiast założyć gipsy* - odpowiedziałam i odetchnęłam - Jest zdrowy, ma tylko krzywe stópki.

Lekarze i położne spojrzeli się po sobie z zaskoczeniem. Wiedzieli, że nic o tym nie wiedziałam, na sali była przecież moja lekarz prowadząca. Na USG nic nie było widać. Może był tak ułożony, może nie skupialiśmy się na stopach. Nieważne, nie ma co gdybać. Jest jak jest.

Zostałam przewieziona na salę pooperacyjną. Tam czekał Radek z Tadziem. Mały owinięty był masą pieluszek. Ledwo go było widać. 

- Powiedzieli Ci o stopach? Są bardzo krzywe... - powiedziałam w pierwszych słowach.

Radek nic nie wiedział. Właściwie nawet nie rozwinęliśmy "pakunku", żeby przyjrzeć się dokładnie. Tak było lepiej, nic nie widziałam, nie było problemu. Żadnych zdjęć! 

Co powiemy rodzinie? Napiszemy smsy, że wszystko jest ok? Przecież nie jest ok. Byłam zamroczona bólem, nie chciałam o tym myśleć. Nie płakałam, nie teraz. Teraz najważniejszy jest Tadzio. 

Jedyne co wiedzieliśmy na pewno, to że trzeba reagować natychmiast. Mały musi mieć gipsy! 

Wyglądało to komicznie. Ja obolała z noworodkiem przy piersi. Radek z laptopem na taborecie przy łóżku. Wertuje strony internetowe i szuka odpowiedzi na milion pytań. Dlaczego? Kiedy? Do kogo jechać? Gdzie się leczyć? Po dwóch godzinach wiedzieliśmy niewiele, ale przynajmniej ustaliliśmy do jakiego lekarza chcemy pojechać z małym, gdzie przyjmuje i jak można się z nim najszybciej skontaktować... 

- Tatuś teraz ma przebrać dziecko w ubranka- powiedziała położna. 

Czyli nadszedł ten moment. Znowu je zobaczę. Nie było wyjścia. Ja leżałam nieruchomo a Radek zaczął odpakowywać nasze małe zawiniątko. Troszkę zbladł, uśmiechnął się lekko i popatrzył na mnie. Wiedziałam, że jest przerażony, ale w tym spojrzeniu było dużo spokoju i otuchy. Damy radę.

Chwilę później przyszła rehabilitantka i pokazała jak masować nóżki do momentu założenia opatrunku gipsowego. Przynajmniej tyle mogliśmy zrobić, a właściwie Radek. Bo ja po cesarce miałam leżeć prawie nieruchomo. 

Niespodziewanie po paru godzinach przyszła pielęgniarka i kazała przewieźć małego na inny oddział, ponieważ przyjechał dr X. na konsultację ortopedyczną. Ten doktor X., do którego chcieliśmy pojechać! Byliśmy totalnie zaskoczeni! Radek pojechał sam, po pół godziny wrócił z uśmiechem na twarzy i maluchem w longetach (półgipsy). Lekarz go uspokoił i wyjaśnił na czym polega wada, jak będzie wyglądało leczenie itp. Diagnoza: Wrodzone stopy końsko-szpotawe, IV stopień, twardo twarde - właściwie niezrozumiały bełkot. Ale co to ma za znaczenie! Przecież w środę mamy się pojawić na założenie pierwszego gipsu i będzie już tylko dobrze!


Szczerze mówiąc, od tamtego momentu czułam się bezpiecznie, spokojnie. Mój syn jest w rękach świetnego specjalisty, który wziął go pod swoje skrzydła. Dopiero teraz poleciały pierwsze łzy. Czułam się "zaopiekowana" i z perspektywy czasu wiem, że to był mój największy błąd... 


*O SKS wiedziałam już wcześniej, bo peweien lekarz tak zdiagnozował moją 1,5 roczną córkę, która rotowała nogi do środka podczas chodzenia. Diagnoza kuriozalna, ale pół internetu przeczytałam.